wirtualny spacer
lądowisko dla helikopterów
Panorama okolicy 360
Planowana inwestycja
Park Ochrony Bieszczadzkiej Fauny

triangle Aktualności

Bądź na bieżąco

  1. Aktualności
08 października 2023

Powiat bieszczadzki zainwestował już 40 mln zł w przebudowę dawnej rafinerii Fanto, która jest świadectwem „gorączki czarnego złota” w Bieszczadach. To przykład wspaniałej architektury industrialnej, Na jej bazie powstaje Bieszczadzkie Centrum Dziedzictwa i Turystyki w Ustrzykach Dolnych.

Powiat bieszczadzki zainwestował już 40 mln zł w przebudowę dawnej rafinerii Fanto, która jest świadectwem „gorączki czarnego złota” w Bieszczadach. To przykład wspaniałej architektury industrialnej, Na jej bazie powstaje Bieszczadzkie Centrum Dziedzictwa i Turystyki w Ustrzykach Dolnych.

Wraz z odkryciem złóż ropy naftowej na terenie Bieszczadów rozwijało się nie tylko kopalnictwo naftowe, ale również jej przetwórstwo. Ustrzycka rafinera Fanto datowana jest na 1887 rok. Pod koniec XIX wieku z niewielkiego zakładu destylacyjnego uległa ona przekształceniu w wielką, międzynarodową spółkę. W 1927 roku jej zdolność przerobowa wynosiła 54 tys. ton, a w rafinerii zatrudnionych było 450 pracowników. Firma wybudowała w pobliżu przebiegającej linii kolejowej duże zbiorniki, będące składami ropy.

Kryzys gospodarczy w XX wieku odbił się negatywnie na przetwórstwie ropy. Rafineria w Ustrzykach została zlikwidowana, a na jej bazie zaczął rozwijać się przemysł drzewny. W latach 60. ubiegłego wieku zabudowania fabryki wyrobów drzewnych „Pilak” stały się własnością Skarbu Państwa a następnie Lasów Państwowych. Główny budynek po rafinerii przeszedł na własność powiatu bieszczadzkiego.


Rozmowa z Markiem Andruchem, starostą bieszczadzkim

Panie starosto, kiedy zachwycił się Pan obiektami po byłej rafinerii Fanto w Ustrzykach Dolnych?

W rafinerii funkcjonował tartak. Kiedy jego właściciel wyprowadzał się z tych pomieszczeń, pokazał nam cały budynek. Wtedy zobaczyliśmy, jak on wygląda w środku. Oczywiście w dużej części był on zdewastowany, ale urzekła nas w nim ciesielka. Na pierwszym piętrze zobaczyliśmy piękną więźbę dachową, która nie jest spotykana na terenie Podkarpacia. Natomiast cały obiekt zbudowany jest w stylu łódzkich fabryk i manufaktur. I tak to się zaczęło. Szperaliśmy po różnych archiwaliach, odkrywaliśmy jak ten obiekt wyglądał jeszcze dawniej i uznaliśmy, że w okolicy nie ma nigdzie takiego zabytku.


Rozumiem, że to była miłość od pierwszego wejrzenia?
Wrażenie było bardzo duże. Zrozumieliśmy, że jest to, co prawda obiekt zrujnowany, ale o bardzo dużym potencjale. Uznaliśmy, że całe to dziedzictwo ponaftowe trzeba uratować.

Który to był rok?
To było w 2016 r. Pierwotnie myśleliśmy, by na bazie tego budynku zrobić zaplecze warsztatowe dla naszej szkoły zawodowej.

Ale koncepcja uległa zmianie.
Ani przedsiębiorcy, ani starostwo nie było w stanie znaleźć dobrej recepty, co z tym wszystkim zrobić. Żadna działalność gospodarcza długo tu nie przetrwała. Uznaliśmy, że całość należy poddać rewitalizacji, poczynając od budynku rafinerii, zmienić funkcjonalność i przeznaczyć na obiekty służące rozwojowi turystyki.

Dosyć wcześnie skonkretyzowaliście plany, ale od planów do pozyskania pieniędzy jest bardzo daleko. Jak to się udało?
Ter plany też długo się konkretyzowały. To nie była krótka droga. W międzyczasie zapraszaliśmy do rafinerii różne osoby, aby zasięgnąć ich opinii.

To byli decydenci i politycy?
Były to osoby, które pani wymienia, ale także ludzie, którzy zajmują się zabytkami, sztuką, architekturą. Każda z tych osób mówiła nam, że jest to obiekt o bardzo dużym potencjale i szkoda go zmarnować. To był dla nas impuls, by zmierzyć się z rewitalizacją. Natomiast co do pieniędzy. Na początku wydawało nam się, że są to kosmiczne pieniądze.

Czyli jakie?
Liczyliśmy, że zrobimy to za 10 - 11 mln zł. To były dla nas niewyobrażalne kwoty. Po drugie, mieliśmy tylko obiekt, a trzeba było po kolei wykonać szereg czynności, poczynając od inwentaryzacji, projektowania itd. Krok po kroku ten pomysł się jednak materializował, ale koło 2017 r. wiedzieliśmy, że ma powstać coś, co nazwaliśmy roboczo Bieszczadzkim Centrum Dziedzictwa Kulturowego. Z jednej strony budynek sam w sobie ma walory zabytkowe, z drugiej, wokół jest przestrzeń, którą można wykorzystać, a po trzecie, w sąsiedztwie stają obiekty poprzemysłowe, która mogą komponować się ze sobą. Na ostatku, uznaliśmy, że możemy na tej bazie pokazać dziedzictwo kulturowe Bieszczadów. I to nie tylko to dziedzictwo, o którym zawsze się mówi, czyli wielokulturowość i wielonarodowość, ale chcieliśmy pokazać dziedzictwo przemysłowe, gdyż Bieszczady były też eksploatowane przemysłowo. Chcieliśmy wprowadzić tu również elementy edukacji, by w tym obiekcie mogła odbywać się nauka nieformalna, np. warsztaty. Ma to być ponadto miejsce dla naszych rękodzielników, by mogli tu prezentować i sprzedawać swoje wyroby. Centrum ma programować rozwój turystyki w naszym powiecie, który niby turystyką stoi, ale w porównaniu z powiatem leskim potencjał turystyczny jest jak 1 do 3. Oczywiście po sąsiedzku ten potencjał robi zalew soliński. Nam chodzi o to, by rozpraszać ruch turystyczny, ściągać część turystów z Wysokich Bieszczad, bo bardzo oblegane są najpopularniejsze szlaki. Zależy nam na tym, by część pieniędzy była wydawana przez turystów nie tylko w wysokich górach, ale również na terenie naszego powiatu.

Kiedy zaczęło krystalizować się finansowanie?
W 2017 r. przyjechał do nas marszałek podkarpacki Władysław Ortyl. Pokazaliśmy mu rafinerię i mówiliśmy o naszych planach. Wtedy ich zrealizowanie wydawało się niemożliwe, bo myśleliśmy, że to jest przedsięwzięcie na 100 lat, a finalizujemy je w 6 lat. Powiem tylko tyle, że powiat bieszczadzki nie jest bogaty, ale udało nam się wygospodarować i znaleźć potężne środki. Dzisiaj to jest kwota 40 mln zł, a mamy jeszcze do wydania 10 mln zł, czyli na ten etap wydamy 50 mln zł. Był to czas, gdy nie ruszyły jeszcze wielkie programy rządowe, a wielkie programy unijne nie są dostępne dla samorządów i mniejszych przedsiębiorców. Nam zależy zaś na tym, by ta instytucja wspierała rozwój drobnej przedsiębiorczości turystycznej, która na pięknie Bieszczadów chce zarabiać. W pierwszym kroku złożyliśmy wniosek razem z gminami Zagórz, Medzilabiorce i Giraltovce na Słowacji do polsko-słowackiego projektu i dostaliśmy prawie 4,5 mln zł na zagospodarowanie placu przy rafinerii. Wiadomo było, że piękny plac nie będzie funkcjonował przy ruderze, wiec był to impuls do dalszych prac. Potem 12 mln zł otrzymaliśmy z programu norweskiego na rewitalizację budynku. Wtedy uznaliśmy, że damy radę i zaczęliśmy prowadzić negocjacje z Orlenem, żeby nam przekazał działkę, gdzie znajduje się bocznica kolejowa i silosy ponaftowe. Dzięki ich uprzejmości otrzymaliśmy tę nieruchomość i ją zagospodarowujemy. Możliwość zrealizowana inwestycji w takim rozmiarze dały nam programu rządowe, głównie Polski Ład. Z nich dostaliśmy połowę środków. To stworzyło możliwości szerokiej inwencji. Zresztą te programy pozwoliły samorządom uzyskać pewną werwę. Są dzięki temu organizowane bardzo ciekawe inwestycje na terenie Bieszczadów, bo pojawił się kapitał, po który te samorządy mogły sięgnąć. Okazuje się, że wyzwoliło to energię, która wcześniej nie mogła się ujawnić, bo nie było za co jej spożytkować.

Co za te pieniądze zostało zrobione? Co ma zachęcić turystów do odwiedzenia dawnej rafinerii w Ustrzykach Dolnych?
To jest zabytek, który sam w sobie jest bardzo ładny. Położony jest przy szlakach turystycznych i przy wielkiej obwodnicy. Ruszyła linia kolejowa 108, ale docelowo dążymy do uruchomienia linii 102 z Przemyśla. Powstaje więc ośrodek, przez który musi się przejechać. Turysta trafi więc do centrum, które samo w sobie będzie ciekawe i które będzie oferowało miejsce do odpoczynku. W tym budynku zaraz na wstępie jest sala, która sama w sobie kosztuje chyba z 10 mln zł.

To co w niej jest?
Sam sprzęt kosztuje 8 mln zł. To jest sala wyposażona w multimedia. W niej turysta ma poczuć Bieszczady. Stanie się częścią spektaklu multimedialnego. Tam wszystko żyje, ściany, sufity, są w niej hologramy, ale my nie będziemy go w tej sali edukować.

Czyli nie będziecie mu mówić np. jaką wysokość ma Tarnica?
Ależ skąd! Zamiast tego turysta może się na tej Tarnicy znaleźć i może mu powiać wiatr z Tarnicy. Turysta ma przekonać się, że w Bieszczadach są atrakcje, których warto doświadczyć. Będzie tak pokazana przyroda i dziedzictwo kulturowe. W małym skrócie to, co to jest najważniejsze. To jest intro w Bieszczady, ale nie potraktowane w sposób muzealny.

To co jeszcze będzie?
Nie powiem, bo chcę zachować tajemnicę. Stąd będą wiodły ścieżki w Bieszczady. Każdy będzie mógł wybrać, gdzie chce jechać, w czym pomogą mu lokalni przedsiębiorcy i my. Do tego wszystkiego trzeba ludzi i to nietuzinkowych. W ten sposób cały nasz powiat będzie eksplorowany, a nie tylko jedno, czy drugie miejsce.

Wiele będzie od was zależeć.
Mamy nadzieję, że w pewnym momencie całe to przedsięwzięcie uzyska charakter transgraniczny i zostanie poszerzone o Ukrainę i Słowację, ale stanie się to, gdy sami okrzepniemy.

Kiedy centrum zostanie otwarte?
Większość prac i zakupów mamy zrobionych, ale zakładamy, że wszystko będzie gotowe na przełomie bieżącego i następnego roku. Uważam, że w lutym 2023 r. będziemy mogli centrum w pełni otworzyć, ale do tego czasu będziemy je użytkowali, organizując np. warsztaty. Natomiast nie uruchomimy wcześniej tej najważniejszej części, by jej po prostu nie „spalić”.



Źródło informacji: nowiny24.pl

newsletter
Ta strona używa COOKIES.

Korzystając z niej wyrażasz zgodę na wykorzystywanie cookies, zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej w Polityce prywatności.

OK, zamknij